Wszystkie recenzje zamieszczone na tym blogu są moją własnością. Nie wyrażam zgody na korzystanie z nich bez mojej wiedzy (na mocy Dz.U.1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

środa, 20 kwietnia 2016

Helen Brown - Kleo i ja: Jak szalona kotka ocaliła rodzinę


Helen Brown 
Kleo i ja: Jak szalona kotka ocaliła rodzinę
Tł. Maciejka Mazan
Nasza Księgarnia 2012
wyd. 1
Liczba stron: 329, [7]
Wyzwania:
4/52 - 2016 r.
Ocena: 8/10





Przyjęło się, że to pies jest najlepszym przyjacielem człowieka. Jednakże każdy, kto przeczyta tę książkę być może uzna, że kot również może nim być. Z własnego doświadczenia (tak, tak jestem kociara :D) mogę jedynie to potwierdzić. Owszem koty są wredne, potrafią zaleźć za skórę, często rozrabiają i mają swoje fochy, ale potrafią także okazać uczucie, oddanie, przyjaźń, tylko, że na ich własnych warunkach i wtedy, gdy im na to pozwolimy, a nie będziemy wymagać. Koty to indywidualiści, którzy będą robić co chcą wtedy, kiedy będą miały na to ochotę.

Książka, którą Wam dziś chcę zaprezentować po części jest właśnie o takim kociaku. Helen Brown nigdy nie byłą kociarą, nie czuła też potrzeby by w domu mieć kota. Jednak za namową synów, zgodziła się przygarnąć kociaka jako prezent urodzinowy dla starszego syna Sama. Los jednak potrafi być okrutny i chłopiec ginie pod kołami samochodu. Rodzina jest w rozsypce, relacje z jej mężem już wcześniej nie układały się najlepiej, teraz już tylko było wiadome w jakim kierunku się to potoczy. Helen bardzo przeżyła śmierć Sama i nie mogła się pogodzić z taką niesprawiedliwością. Cierpi również jej młodszy syn, który był świadkiem  śmierci brata. Ich życie pogrążyło się w ciemności. Do czasu… do czasu, aż pod drzwiami stanęła kobieta z obiecanym kociakiem dla Sama. Kobieta z początku nie była zachwycona tym pomysłem, kot przypominał jej tylko o tym co straciła. Jednak gdy zobaczyła, że młodszy syn Rob, po raz pierwszy od śmierci brata się uśmiecha, postanowiła zatrzymać kociaka i nadała imię Kleo. Koteczka była czarna i nie było chwili, której by nie wypełniała sama sobą.

Kleo stała się się przyjaciółką, bacznym obserwatorem, duchowym przewodnikiem, ale przede wszystkim cennym członkiem rodziny przez ponad 23 lata. Ta włochata czarna kuleczka, wyrwała rodzinę z rozpaczy i trwała przy nich w najtrudniejszych momentach życia.  Jeżeli chcecie wiedzieć w jaki sposób to zrobiła, to musicie sami przeczytać i się przekonać, bo ja już Wam nic więcej nie zdradzę!

Jest to naprawdę, mimo tragedii, piękna, ciepła rodzinna opowieść, która nie tylko Was wzruszy, ale także rozbawi. Jest tylko pewne niebezpieczeństwo przed którym muszę Was ostrzec… po tej lekturze możecie zechcieć przygarnąć kociaka… ;)  Co może wcale nie byłoby takie złe, jak kot raz wparuje w nasze życie czterema łapami, to już tak zostanie ;)

niedziela, 17 kwietnia 2016

Santa Montefiore - Spotkamy się pod drzewem ombu

                                      

 Santa Montefiore
Spotkamy się pod drzewem ombu

Tł. Anna Dobrzańska-Gadowska

Świat Książki 2002
wyd. 1
Liczba stron: 559, [1]

Wyzwania:
3/52 - 2016 r. 
Ocena: 8/10



Dawno mnie nie było, za co przepraszam Was i samą siebie. Kiepsko mi idzie dotrzymywanie słowa o regularnych wpisach i odwiedzinach innych blogerów. Serio, jak Wy to robicie, że macie czas i przede wszystkim siłę na czytanie i pisanie recenzji, mając jednocześnie inne obowiązki jak szkoła czy praca? Może ktoś ma jakąś dobrą radę jak wszystko pogodzić? Bo mnie jakoś ciężko wypracować jakiś system… Za wszelkie rady będę ogromnie wdzięczna :)

A wracając do meritum postu. Spotkajmy się pod drzewem ombu przeczytałam w lutym, wobec czego nabrałam dystansu do tej pozycji, ale przyznam się także, ze pewne aspekty po tak długim czasie mogły mi ulecieć gdzieś w przestrzeń.
O czym i czym ta książka jest?

Według wydawcy jest to saga rodzinna, osadzona w realiach współczesnej Argentyny. Główną bohaterką jest niepokorna Sofia Solans. Dorasta ona na ranczu położonym na argentyńskiej pampie. Jest trochę rozpieszczona, trochę bardzo uparta i nad wyraz dumną młodą osóbką. Mimo tego jest kochana przez wszystkich, a w zasadzie prawie wszystkich. Jedyną osobą, która nie darzy jej szczerym, bezwarunkowym uczuciem jest jej własna matka. Na domiar tego dziewczyna orientuje się, że darzy zakazanym uczuciem swojego kuzyna, co komplikuje jej życie jeszcze bardziej. Czy młodym uda się być razem? Co stanie się, gdy ich tajemnica wyjdzie na jaw? Jak potoczą się losy Sofii?

Spotkajmy się pod drzewem ombu jest jedną z tych książek, która może zachwycić lub nie. Akcja książki rozpoczyna się mniej więcej w połowie XX wieku w Argentynie, gdzie miały miejsce istotne zmiany polityczne dla tamtejszego społeczeństwa. Jest to też czas, kiedy o pewnych rzeczach głośno się nie mówiło, a już na pewno niektóre rzeczy dla dziewcząt były niedostępne lub trudne do osiągnięcia.  Sofii nie było łatwo dorastać w takim klimacie i otoczeniu. Była jedyną córką Solanów. Była otoczona braćmi, których matka wydawała się czcić. Sofia była upartą dorastająca dziewczyną, w pewien sposób sprytną, ale także w pewnym sensie zagubioną. To jak traktowała ją matka stało się rutyną i być może to zahartowało jej charakter.  Marzeniem Sofii było, to aby móc grać i być członkiem drużyny polo, co dla tamtejszych elit było niedopuszczalne.

Matka Sofii nie potrafiła zrozumieć, dlaczego dziewczyna nie może zachowywać się jak przystało na damę. Ich relacje były trudne, co wynikało głownie z tego, że kobieta nigdy nie poczuła się w Argentynie jak u siebie w domu. Miała męża, pozycję, pieniądze ale nigdy nie poczuła, że jest częścią tego kraju. Zazdrościła córce, że z chwilą gdy się urodziła na argentyńskiej ziemi, wchłonęła w ten klimat i z cała pewnością była na swoim miejscu. Sofia uciekała przed chłodem matki do kuzynostwa, z którym łączyła ją głęboka więź. Santi był jej bliższy niż jej rodzeni bracia, a Marie była najlepszą przyjaciółką. Z czasem jednak okazało się, że uczucia Sofii do Santiago są czymś więcej niż tylko rodzinna relacja. Co więcej uczucie to nie było jednostronne.

Zakazana miłość, spotkana w ukryciu nie mogły skończyć się dobrze. Z cała pewnością nie mogło dojść do akceptacji rodziców by taki związek mógłby w ogóle istnieć. W skutek pewnych zdarzeń, Sofia zostaje zmuszona do opuszczenia kraju. Samotna, boleśnie doświadczona dziewczyna czuje się porzucona nie tylko przez rodziców, ale także przez ukochanego, dla którego najwidoczniej nie znaczyła tak wiele jak sądziła. To spowodowało, że nie powróciła do swojego kraju przez 20 lat. Na obczyźnie z czasem ułożyła sobie życie. Wydawać by się mogło, że szczenięca miłość do kuzyna faktycznie przeminęła. Wtedy dostaje list, że jej najlepszą przyjaciółkę dotknęło nieszczęście i prosi Sofie o przyjazd do domu. Sofii nie jest zbyt chętna, ani pewna tego czy na pewno chce tam wrócić.

Powrót do Argentyny stał się, już dla dojrzałej kobiety, konfrontacją z przeszłością, która jak się okazała nie do końca została zatarta. Wyszły na jaw sekrety skrywane przez 20 lat, które odmieniły życia dosłownie wszystkich. Ofiarami, tych nieczystych zagrywek, stali się właśnie Santi i Sofii, którzy mimo upływu lat wciąż darzą się gorącym i namiętnym uczuciem, lecz nic z tym nie mogą zrobić. Muszą się pogodzić z losem jaki ich spotkał, z przeznaczeniem i czasem, który już minął.

Jest to książka wielowątkowa, wielowymiarowa i z cała pewnością jeszcze do niej wrócę. Nie jest to tylko zwyczajny romans. To coś znacznie więcej. Urzekła mnie Dziewicza Argentyna, świetnie wykreowane, choć czasem irytujące postacie jak np. Sofii, ale to wszystko ma sens. To są puzzle, które idealnie do siebie pasują. Jest to nie wątpliwie powieść o różnych kolorach miłości, która pokazuję, że ta prawdziwa nigdy nie mija. Potrafi dostarczyć zarówno wspaniałych uniesień jak i smutku oraz bólu. W powieści zostało to opisane naprawdę na wysokim poziomie.

Mam nadzieję, że nie zdradziłam zbyt wiele, bo myślę, że warto sięgnąć po tę książkę. Z czystym sumieniem polecam.

piątek, 22 stycznia 2016

Glenn Beck - Świąteczny sweter



Glenn Beck

Świąteczny Sweter

Tł. Anna Reszka
Nowa Proza 2009

wyd. 1
Liczba stron: 288

Wyzwania:
2/52 - 2016 r. 
Ocena: 8/10



Święta już, dawno za nami, minął już prawie miesiąc Nowego roku, a mimo to, mam dla Was świąteczną recenzję, a może by bardziej pasowało powiedzieć poświąteczną. Przyjęło się, że książki w klimacie bożonarodzeniowym czyta się w okresie poprzedzającym święta, aby wprowadziły nas w ten magiczny nastrój. Ale w sumie dlaczego mamy je czytać tylko w grudniu? Książka,  o której chcę dziś pisać, wydaje mi się, że ma ten uniwersalny wydźwięk, pozwalający na przeczytanie jej w każdym momencie.

Świąteczny sweter to książka, która ma pewne elementy biograficzne. Gleen Beck zamknął w tej historii pewne fragmenty swojego życia. Zrobił to w magiczny sposób. Głównym bohaterem jest Eddie, dwunastoletni chłopiec, którego największym marzeniem jest dostanie pod choinkę roweru. Choć wie, że sytuacja finansowa po śmierci ojca nie jest najlepsza, żywi ogromną nadzieję, że mama znajdzie jakiś sposób na to, aby obdarować go najwspanialszym prezentem.  Niestety gorące i pełne nadziei oczekiwania, przyniosły chłopcu wielkie rozczarowanie w postaci ręcznie robionego swetra. Eddie rzucając w kąt owy prezent, nie zdawał sobie sprawy, że właśnie rozpoczął proces dorastania, niezwykle trudny, bolesny, pełen wyrzutów i poczucia winy. Czy chłopak pokona ciemne chmury nad swoja drogę? Czy znajdzie drogę do wybaczenia i pojednania z rodziną?

Świąteczny sweter to książka, która wbiła mnie w fotel, doprowadziła do morza łez i z całą pewnością odbiła swoje piętno w moim umyśle, duszy oraz sercu.  Eddie to typowe dziecko, które bardzo pragnęło dostać na święta wymarzony rower. Uważał, że mu się należy za to, że tak ciężko pracował nad tym, aby być grzecznym przez całym rok. Dlatego też, gdy otrzymuje sweter od swojej mamy jest bardzo rozczarowany i rozżalony, co zresztą okazuje w mało przyjemny sposób.

Nie jest to jednak książka, która opowiada o niechcianym prezencie. Obok głównego motywu poruszane są kwestie jego rodziny. Po śmierci jego ojca, sytuacja rodziny jest bardzo zła. Nie mogą sobie pozwolić na wiele rzeczy, co w pewien sposób złości młodego człowieka. Tak bardzo skupia się na tym wymarzonym prezencie, że nie zauważa, wysiłków jego mamy, która pracuje więcej niż powinna. Gdy otrzymuje, ręcznie robiony sweter, nie dostrzega tego ile czasu, wysiłku, a przede wszystkim serca włożyła w wydzierganie tego swetra. Chłopak nie rozumie, że rzucając sweter w kąt bardzo zranił swoją mamę, która tak bardzo się starała. Niechęć wobec swetra i frustracja, doprowadzają do bardzo niezręcznej sytuacji u jego dziadków, a w konsekwencji, dochodzi do tragedii, której nie da się cofnąć. Wtedy następuje wielki proces dorastania, w którym musi zaakceptować to co się wydarzyło, ale najważniejszym jest to, że musi sobie uświadomić, że nie jest ofiarą, ani sprawcą. Musi sam sobie wybaczyć, co dla dorastającego dziecka jest bardzo trudne. Z czasem rozumie, to co się wydarzało i uświadamia sobie, że to, co było dla niego najważniejsze i najwspanialsze, miał pod samiutkim nosem, tylko nie potrafił tego w porę dostrzec i docenić.

Świąteczny sweter to książka, która skłania do wielu refleksji. Napisana wspaniałym językiem, wzruszająca i docierająca tam, gdzie powinna: do samego serca. Myślę, że każdy, powinien tę powieść przeczytać i wyciągnąć z niej tyle ile się da.  Historia ta bardzo mnie poruszyła, dostarczyła wielu emocji, czego dowodem są moje łzy. Osobiście uważam, że książki, które wzbudzają emocje są dobre. Ta książka, dla mnie nie jest dobra. Dla mnie jest wspaniała w swojej mądrości i prostocie. Jeśli będziecie mieć okazję przeczytania tej książki, śmiało to zróbcie. Nie pożałujcie, taką przynajmniej mam nadzieję. Ja nie żałuję, co więcej cieszę się, że mam ją na wyłączność. Polecam bardzo mocno!

czwartek, 21 stycznia 2016

Rachael Herron - Kocha, nie kocha


Rachael Herron

Kocha, nie kocha

Prószyński i S-ka 2012

wyd. 1
Liczba stron: 415

Wyzwania:
1/60 - 2016 r. 

Ocena: 6/10




Miałam ochotę na coś lekkiego, przyjemnego z nutką humoru. Koleżanka poleciła mi książkę pt. Kocha, nie kocha Rachael Herron. Czy był to dobry wybór? 

Abigail, to kobieta, która ma za sobą ciężkie chwile. Ta pasjonatka robótek na drutach bardzo pragnie odmienić swoje życie.  Okazja nadarza się, gdy otrzymuje wiadomość o spadku. Zatem ucieka od miastowego gwaru i osiedla się w nadmorskim kalifornijskim miasteczku. W swoim domku chce zrealizować swoje wielkie marzenie. Jednak nie wszystko idzie tak gładko jakby chciała. Tuż obok, a w zasadzie pod samym nosem mieszka przystojny farmer, cowboy imieniem Cade, który nie darzy sympatią nowoprzybyłej lokatorki. Uważa ją za mieszczucha i intruza. Jednak obopólna niechęć, z czasem przemienia się w silne przyciąganie.

Kocha, nie kocha to typowy romans obyczajowy. Jest dziewczyna, która ma pasje, marzenia, ale też wiele przeszła. Jest mężczyzna, który jest kobieciarzem. Nie żywią do siebie sympatii, a jednak cos ich do siebie przyciąga. Następuje hiperbola jest raz dobrze, raz źle, w końcu coś się przydarza i bum objawienie, że są w sobie zakochani. Schemat ten sam, a jednak wciąż się miło czyta takie historie.
Obie postacie są jak ogień i woda, a jednocześnie idealnie do siebie dopasowani. Oboje są na swój sposób uparci i ciężko im pójść na ustępstwa, jednak pod wpływem własnych charakterów, osobowości ulegają przemianie. Do tego historia jest zgrabnie opowiedziana, choć pewien motyw, łatwo można przewidzieć. Do tego malownicza sceneria, amerykański klimat małych miast, a w zasadzie wsi.


Dla mnie, była to lektura łatwa, przyjemna, nieskomplikowana. 414 stron przeczytałam w zaledwie 5 godzin, więc czasu spędzonego nad ta powieścią nie żałuję. Książka choć może nie zaskakuje, wypada całkiem nieźle na tle powieści tego typu. Wiec jeśli chcecie uciec od zgiełku miast, a przenieść się w małomiasteczkowy klimat, to jest to książka jak najbardziej dla Was. 


piątek, 1 stycznia 2016

Szczęśliwego Nowego Roku 2016!

Kochani,
w tym Nowym Roku, życzę Wam wszystkiego dobrego, niech spełniają się marzenia, każdego dnia pięknych chwil, dużo zdrowia, ale przede wszystkim wytrwałości w postanowieniach. Oczywiście niech rok 2016 obfituje we wspaniałe nowości wydawnicze, które wpadną w Wasze (i moje) ręce!



A co do postanowień, ogólnie nie robię, bo się ich nie trzymam :P Ale w tym roku postanowiłam to zmienić, zatem:
1. Postanawiam, że będę trzymać się wyznaczonych celów!
2. A przynajmniej jednego na pewno i jest nim: przeczytanie, co najmniej, 5 książek w miesiącu!
3. I jeszcze kilka, które są zbyt trywialne by o nich tu wspominać ;)

A czy Wy robiliście jakieś postanowienia na ten cudowny rok, który daje nam o jeden dzień więcej szans?

niedziela, 27 grudnia 2015

W snieżną noc



Maureen Johnson, John Green, Lauren Myracle
W śnieżną noc

Bukowy Las 2014

wyd. 1
Liczba stron: 335

Wyzwania:
Przeczytam tyle, ile mam lat w danym roku - 14/25 l. - 2015

Ocena: 10/10





Święta, magiczny czas, za oknem śnieżny puch. Niecierpliwe czekanie na pierwszą gwiazdkę na niebie, uroczysta kolacja, choinka, kolędy i prezenty. Tak pamiętam święta z czasów kiedy byłam dzieckiem. Dziś już nie wiele z tego zostało. Choinkę ubrałam, pierogi ulepiłam, ale… za oknem nie ma śniegu (za którym , o dziwo, tęsknie nawet ja), radosne oczekiwanie też gdzieś przeminęło. Święta stały się dla mnie synonimem czasu wolnego od pracy. Świąteczne piosenki, które dzień w dzień słyszałam będąc w pracy, po prawdzie zamiast mnie wprowadzić w bożonarodzeniowy nastrój,  kompletnie mi go obrzydziły. Śmiem stwierdzić, że w tym całym pośpiechu i marketingowym podejściu do Świąt, zapominamy o tym, co jest najważniejsze i o co tak naprawdę w tych świętach chodzi. Świątecznego, zimowego nastroju zaczęłam więc szukać w książkach.


Książka W śnieżną noc, swoje zadanie spełniła w 100%. Nie miałam żadnych wyrzutów, że po Wigilijnym obżarstwie (nie)spalam kalorie oddając się lekturze. Te trzy opowiadania, których autorami są 3 różne osoby idealnie tworzą jedną spójną całość. Wyraźnie to widać w trzecim opowiadaniu, gdzie losy wcześniej poznanych bohaterów się łączą, przeplatają w myśl zasady "Świat jest mały". Tę wyśmienitą przygodę rozpoczyna opowiadanie Maureen Johnson pt. Podróż Wigilijna, następnie pałeczkę przejmuje dobrze nam znany John Green z Bożonarodzeniowym cudem pomponowym. Wigilijna opowieść zamyka Święta patronka świnek autorstwa Lauren Myracle. 

Troje ludzi połączyło swoje siły i stworzyli moim zdaniem całkiem oryginalny obraz Świąt. Każdy z tych autorów (choć nie znam twórczości obu Pań) zapewne ma swój styl, technikę pracy, pomysły. To wszystko sprawia, że dość trudno stworzyć wspólne dzieło, które miało by nie tylko logiczny sens, ale również magię. Im się to udało. Czytając W śnieżną noc, miałam wrażenie, że czytam książkę jednego autora. Idealnie się dopełniali, a całość stworzyła całkiem niezła historię, którą niby rządzi przypadek (a może i przeznaczenie?). Te trzy opowiadania, bądź jedna powieść jak kto woli, wprowadziły mnie w naprawdę wesoły nastrój. Pokazują, że magia świąt może dziać się pod pozorem zwyczajnych zdarzeń. Czasami nic nie dzieje bez przypadku, by zrozumieć pewne sprawy, które mieliśmy przed nosem, ale oczy nie chciały dostrzec prawdy. I znajdziemy to przesłanie w każdym z tych trzech opowiadań. 

Czasami zabawna, czasami irytująca, czasami zaskakująca, czasami skłaniająca do refleksji, czyli taka, jakie potrafią być Święta Bożego Narodzenia ;) Jeżeli nie mieliście jeszcze okazji przeczytać tej książki, to przeczytajcie (najlepiej za rok, tuż przed świętami). Samymi słowami nie jestem w  stanie opisać jej wspaniałości w swojej prostocie :-)

wtorek, 8 grudnia 2015

Okiem pracownika księgarni

Ten post zamierzałam napisać już tydzień temu, ale brakowało mi na to zwyczajnie czasu i sił. To co chcę napisać wydawać by się mogło jest banalne, oczywiste. Jednakże okazuje się, że albo ja żyję w błędzie, albo pewna część klientów ma to wszystko w przysłowiowym nosie. Cóż, może nie pracuję w księgarni zbyt długo, ale na pewne zachowania nie można się godzić i wydaje mi się, że trzeba o tym mówić i ciągle uświadamiać ludzi, bo właśnie, wszyscy jesteśmy ludźmi, a nie bydlętami (nie obrażając zwierząt). Księgarnia to miejsce kultury, a nie obora, wobec czego mam kilka spostrzeżeń odnośnie koszmarnych klientów.

Po pierwsze: kultura. Jeżeli przychodzi się do kogoś w gości, wypada się przywitać. Drodzy klienci, jeśli wchodzicie do księgarni, bądź jakiegokolwiek sklepu, dobrym obyczajem, zwyczajem jest powiedzieć, „Dzień dobry”. To są dwa proste słowa i gwarantuję, usta od tego nie odpadają. Jeżeli, jednak nie wypowiadacie tych dwóch magicznych słów, a robi to pracownik, często z uśmiechem, wypada odpowiedzieć, chociażby ze zwykłej ludzkiej uprzejmości. Gburowatość nie jest w cenie, ani w modzie.

Po drugie: szanujcie pracę pracowników księgarni. Ja wiem, że wielu ludziom wydaje się, że to łatwa praca. Obalam ten mit. Praca ta wymaga koncentracji na wielu lvl-ach. Przyjmowanie zamówień, szeroko rozumiana obsługa klienta, w tym obsługa kasy fiskalnej (zawsze wszystko musi zgadzać), wypakowywanie towaru na półki, dbanie o ekspozycję asortymentu, pilnowanie i użeranie się z najgorszym menelstwem, jakim są złodzieje i wiele innych czynności, które nie jednokrotnie musimy wykonywać jednocześnie. Do czego zmierzam? Otóż, drodzy klienci jeżeli bierzecie książkę, kubek, kartkę czy cokolwiek z danego, przeznaczonego do tego miejsca, jednak po drodze do kasy rozmyślacie się z zakupu, na litość Boską, nie zostawiajcie tej rzeczy, gdzie popadnie, tylko odnieście ją na miejsce, bądź podejdzie do pracownika, który biega po całym sklepie i oddajcie mu to do ręki (on/ona odłoży to na miejsce za Was i nie zrobi się dzięki temu niepotrzebny chaos, bałagan). My odpowiadamy za ten materiał, a takie lekkomyślne zachowanie stwarza ryzyko, że zostanie uszkodzone, bądź po prostu skradzione.

Po trzecie, pytanie typu „Ile to kosztuje i dlaczego tak drogo”, wcale nie śmieszy i jest kompletnie nie na miejscu. My nie odpowiadamy za ceny jakie dyktuje właściciel. Naszym zadaniem jest je egzekwowanie przy kasie i nie mamy wpływu na potencjalne rabaty, czy upusty. Krzyczenie, wydzieranie się na nas, wyzywanie od głupców za ceny ustalane odgórnie, jest głupie, nie na miejscu i kompletnie niekulturalne. Ewentualne zażalenia na ceny można wnieść do producenta, bądź właściciela księgarni. Adres do korespondencji łatwo znaleźć w dobie Internetu.

Po czwarte, do księgarni nie wchodzimy z jedzeniem i piciem! Czy to tak trudno zrozumieć, że wchodząc z napojem, kanapką, frytkami, lodami, można zabrudzić książki, artykuły biurowe i ogólnie cały asortyment dostępny w księgarni? Każdy wymaga od nowej rzeczy, aby była czysta, świeża, więc skoro tego wymagamy, róbmy wszystko, aby tego nie zniszczyć.  Jest ktoś głodny i chce kupić książkę, najpierw niech zje, umyje ręce, a potem niech się bierze za przeglądanie książek! Proste.

Po piąte, drogi kliencie, jeśli masz pytania zadawaj je głośno, wyraźnie i logicznie. Księgarnia to nie biblioteka, kościół, czy szpital. Tutaj nie trzeba szeptać. Jeżeli chcecie być szybko i dobrze obsłużeni, wypowiadajcie tytuły książek, czy autorów WYRAŹNIE. Mamrotanie pod nosem nie pomoże żadnej ze stron. Jeśli chodzi o logikę, ja rozumiem, że ktoś może nie zapamiętać autora,  czy dokładnego tytułu, od tego jesteśmy by naprowadzić Was na prawidłowy tor i znaleźć daną pozycję z pozytywnemu efektem, ALE, pamiętacie także o tym, że jesteśmy też tylko ludźmi i nie musimy znać każdej książki od podszewki. Nie mamy do dyspozycji 50 książek, a całe setki.

Po szóste i ostatnie. Ja rozumiem, że powiedzenie „Klient nasz pan” jest bardzo lubiane i wykorzystywane przez kupujących. Ale na litość Boską i w tym jest też granica. Jeżeli pracujemy przykładowo do 21 i widzicie, że następuje zamknięcie lokalu, to wciskanie się na siłę  (o godz. 21.01.) jest po prostu bezczelne! My po 8h, czasem po 12h pracy, też marzymy tylko o tym, aby dokończyć nasze obowiązki i pójść po prostu do domu…


Nie mówię, że wszyscy się tak zachowują, ale jest całkiem sporo grono ludzi, klientów, którzy właśnie wpisują się w wyżej wymienione sytuacje. Nie piszę tego by kogoś urazić, lecz po to by uświadomić kilka zasadniczych i prostych rzeczy. Masa ludzi uważa się za pępek świata i takie zachowanie  uznaje za normalne. Ja mówię stanowczo, że tak nie powinno być i trzeba z tym walczyć. Jeżeli nie należycie do tego typu klientów, bardzo mnie to cieszy i w Was pokładam wszelkie nadzieje. Jeśli znacie kogoś, kto się tak zachowuje, nie bójcie się powiedzieć, uświadomić, że takie zachowanie jest nie na miejscu.  Jeżeli widzicie, ze ktoś obcy zachowuje się niestosownie (wchodzi z jedzeniem, wciska się poza kolejkę, próbuje coś ukraść) proszę zwróćcie mu uwagę. W przypadku trzeciego przypadku z nawiasu, niezwłocznie powiadomcie pracownika księgarni. Uprzejmość  nie wiele kosztuje, a bardzo dużo może zmienić. Na lepsze.

Na tym kończę swoje żale i spostrzeżenia.Chciałabym Was na koniec zapytać, czy kiedykolwiek spotkaliście się z takim zachowaniem, jakie opisałam powyżej? A może to Wy zostaliście pokrzywdzenie przez innego klienta, bądź spotkaliście się z niestosownym zachowaniem księgarza? Podzielcie swoimi spostrzeżeniami.