Wszystkie recenzje zamieszczone na tym blogu są moją własnością. Nie wyrażam zgody na korzystanie z nich bez mojej wiedzy (na mocy Dz.U.1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

piątek, 22 stycznia 2016

Glenn Beck - Świąteczny sweter



Glenn Beck

Świąteczny Sweter

Tł. Anna Reszka
Nowa Proza 2009

wyd. 1
Liczba stron: 288

Wyzwania:
2/52 - 2016 r. 
Ocena: 8/10



Święta już, dawno za nami, minął już prawie miesiąc Nowego roku, a mimo to, mam dla Was świąteczną recenzję, a może by bardziej pasowało powiedzieć poświąteczną. Przyjęło się, że książki w klimacie bożonarodzeniowym czyta się w okresie poprzedzającym święta, aby wprowadziły nas w ten magiczny nastrój. Ale w sumie dlaczego mamy je czytać tylko w grudniu? Książka,  o której chcę dziś pisać, wydaje mi się, że ma ten uniwersalny wydźwięk, pozwalający na przeczytanie jej w każdym momencie.

Świąteczny sweter to książka, która ma pewne elementy biograficzne. Gleen Beck zamknął w tej historii pewne fragmenty swojego życia. Zrobił to w magiczny sposób. Głównym bohaterem jest Eddie, dwunastoletni chłopiec, którego największym marzeniem jest dostanie pod choinkę roweru. Choć wie, że sytuacja finansowa po śmierci ojca nie jest najlepsza, żywi ogromną nadzieję, że mama znajdzie jakiś sposób na to, aby obdarować go najwspanialszym prezentem.  Niestety gorące i pełne nadziei oczekiwania, przyniosły chłopcu wielkie rozczarowanie w postaci ręcznie robionego swetra. Eddie rzucając w kąt owy prezent, nie zdawał sobie sprawy, że właśnie rozpoczął proces dorastania, niezwykle trudny, bolesny, pełen wyrzutów i poczucia winy. Czy chłopak pokona ciemne chmury nad swoja drogę? Czy znajdzie drogę do wybaczenia i pojednania z rodziną?

Świąteczny sweter to książka, która wbiła mnie w fotel, doprowadziła do morza łez i z całą pewnością odbiła swoje piętno w moim umyśle, duszy oraz sercu.  Eddie to typowe dziecko, które bardzo pragnęło dostać na święta wymarzony rower. Uważał, że mu się należy za to, że tak ciężko pracował nad tym, aby być grzecznym przez całym rok. Dlatego też, gdy otrzymuje sweter od swojej mamy jest bardzo rozczarowany i rozżalony, co zresztą okazuje w mało przyjemny sposób.

Nie jest to jednak książka, która opowiada o niechcianym prezencie. Obok głównego motywu poruszane są kwestie jego rodziny. Po śmierci jego ojca, sytuacja rodziny jest bardzo zła. Nie mogą sobie pozwolić na wiele rzeczy, co w pewien sposób złości młodego człowieka. Tak bardzo skupia się na tym wymarzonym prezencie, że nie zauważa, wysiłków jego mamy, która pracuje więcej niż powinna. Gdy otrzymuje, ręcznie robiony sweter, nie dostrzega tego ile czasu, wysiłku, a przede wszystkim serca włożyła w wydzierganie tego swetra. Chłopak nie rozumie, że rzucając sweter w kąt bardzo zranił swoją mamę, która tak bardzo się starała. Niechęć wobec swetra i frustracja, doprowadzają do bardzo niezręcznej sytuacji u jego dziadków, a w konsekwencji, dochodzi do tragedii, której nie da się cofnąć. Wtedy następuje wielki proces dorastania, w którym musi zaakceptować to co się wydarzyło, ale najważniejszym jest to, że musi sobie uświadomić, że nie jest ofiarą, ani sprawcą. Musi sam sobie wybaczyć, co dla dorastającego dziecka jest bardzo trudne. Z czasem rozumie, to co się wydarzało i uświadamia sobie, że to, co było dla niego najważniejsze i najwspanialsze, miał pod samiutkim nosem, tylko nie potrafił tego w porę dostrzec i docenić.

Świąteczny sweter to książka, która skłania do wielu refleksji. Napisana wspaniałym językiem, wzruszająca i docierająca tam, gdzie powinna: do samego serca. Myślę, że każdy, powinien tę powieść przeczytać i wyciągnąć z niej tyle ile się da.  Historia ta bardzo mnie poruszyła, dostarczyła wielu emocji, czego dowodem są moje łzy. Osobiście uważam, że książki, które wzbudzają emocje są dobre. Ta książka, dla mnie nie jest dobra. Dla mnie jest wspaniała w swojej mądrości i prostocie. Jeśli będziecie mieć okazję przeczytania tej książki, śmiało to zróbcie. Nie pożałujcie, taką przynajmniej mam nadzieję. Ja nie żałuję, co więcej cieszę się, że mam ją na wyłączność. Polecam bardzo mocno!

czwartek, 21 stycznia 2016

Rachael Herron - Kocha, nie kocha


Rachael Herron

Kocha, nie kocha

Prószyński i S-ka 2012

wyd. 1
Liczba stron: 415

Wyzwania:
1/60 - 2016 r. 

Ocena: 6/10




Miałam ochotę na coś lekkiego, przyjemnego z nutką humoru. Koleżanka poleciła mi książkę pt. Kocha, nie kocha Rachael Herron. Czy był to dobry wybór? 

Abigail, to kobieta, która ma za sobą ciężkie chwile. Ta pasjonatka robótek na drutach bardzo pragnie odmienić swoje życie.  Okazja nadarza się, gdy otrzymuje wiadomość o spadku. Zatem ucieka od miastowego gwaru i osiedla się w nadmorskim kalifornijskim miasteczku. W swoim domku chce zrealizować swoje wielkie marzenie. Jednak nie wszystko idzie tak gładko jakby chciała. Tuż obok, a w zasadzie pod samym nosem mieszka przystojny farmer, cowboy imieniem Cade, który nie darzy sympatią nowoprzybyłej lokatorki. Uważa ją za mieszczucha i intruza. Jednak obopólna niechęć, z czasem przemienia się w silne przyciąganie.

Kocha, nie kocha to typowy romans obyczajowy. Jest dziewczyna, która ma pasje, marzenia, ale też wiele przeszła. Jest mężczyzna, który jest kobieciarzem. Nie żywią do siebie sympatii, a jednak cos ich do siebie przyciąga. Następuje hiperbola jest raz dobrze, raz źle, w końcu coś się przydarza i bum objawienie, że są w sobie zakochani. Schemat ten sam, a jednak wciąż się miło czyta takie historie.
Obie postacie są jak ogień i woda, a jednocześnie idealnie do siebie dopasowani. Oboje są na swój sposób uparci i ciężko im pójść na ustępstwa, jednak pod wpływem własnych charakterów, osobowości ulegają przemianie. Do tego historia jest zgrabnie opowiedziana, choć pewien motyw, łatwo można przewidzieć. Do tego malownicza sceneria, amerykański klimat małych miast, a w zasadzie wsi.


Dla mnie, była to lektura łatwa, przyjemna, nieskomplikowana. 414 stron przeczytałam w zaledwie 5 godzin, więc czasu spędzonego nad ta powieścią nie żałuję. Książka choć może nie zaskakuje, wypada całkiem nieźle na tle powieści tego typu. Wiec jeśli chcecie uciec od zgiełku miast, a przenieść się w małomiasteczkowy klimat, to jest to książka jak najbardziej dla Was. 


piątek, 1 stycznia 2016

Szczęśliwego Nowego Roku 2016!

Kochani,
w tym Nowym Roku, życzę Wam wszystkiego dobrego, niech spełniają się marzenia, każdego dnia pięknych chwil, dużo zdrowia, ale przede wszystkim wytrwałości w postanowieniach. Oczywiście niech rok 2016 obfituje we wspaniałe nowości wydawnicze, które wpadną w Wasze (i moje) ręce!



A co do postanowień, ogólnie nie robię, bo się ich nie trzymam :P Ale w tym roku postanowiłam to zmienić, zatem:
1. Postanawiam, że będę trzymać się wyznaczonych celów!
2. A przynajmniej jednego na pewno i jest nim: przeczytanie, co najmniej, 5 książek w miesiącu!
3. I jeszcze kilka, które są zbyt trywialne by o nich tu wspominać ;)

A czy Wy robiliście jakieś postanowienia na ten cudowny rok, który daje nam o jeden dzień więcej szans?

niedziela, 27 grudnia 2015

W snieżną noc



Maureen Johnson, John Green, Lauren Myracle
W śnieżną noc

Bukowy Las 2014

wyd. 1
Liczba stron: 335

Wyzwania:
Przeczytam tyle, ile mam lat w danym roku - 14/25 l. - 2015

Ocena: 10/10





Święta, magiczny czas, za oknem śnieżny puch. Niecierpliwe czekanie na pierwszą gwiazdkę na niebie, uroczysta kolacja, choinka, kolędy i prezenty. Tak pamiętam święta z czasów kiedy byłam dzieckiem. Dziś już nie wiele z tego zostało. Choinkę ubrałam, pierogi ulepiłam, ale… za oknem nie ma śniegu (za którym , o dziwo, tęsknie nawet ja), radosne oczekiwanie też gdzieś przeminęło. Święta stały się dla mnie synonimem czasu wolnego od pracy. Świąteczne piosenki, które dzień w dzień słyszałam będąc w pracy, po prawdzie zamiast mnie wprowadzić w bożonarodzeniowy nastrój,  kompletnie mi go obrzydziły. Śmiem stwierdzić, że w tym całym pośpiechu i marketingowym podejściu do Świąt, zapominamy o tym, co jest najważniejsze i o co tak naprawdę w tych świętach chodzi. Świątecznego, zimowego nastroju zaczęłam więc szukać w książkach.


Książka W śnieżną noc, swoje zadanie spełniła w 100%. Nie miałam żadnych wyrzutów, że po Wigilijnym obżarstwie (nie)spalam kalorie oddając się lekturze. Te trzy opowiadania, których autorami są 3 różne osoby idealnie tworzą jedną spójną całość. Wyraźnie to widać w trzecim opowiadaniu, gdzie losy wcześniej poznanych bohaterów się łączą, przeplatają w myśl zasady "Świat jest mały". Tę wyśmienitą przygodę rozpoczyna opowiadanie Maureen Johnson pt. Podróż Wigilijna, następnie pałeczkę przejmuje dobrze nam znany John Green z Bożonarodzeniowym cudem pomponowym. Wigilijna opowieść zamyka Święta patronka świnek autorstwa Lauren Myracle. 

Troje ludzi połączyło swoje siły i stworzyli moim zdaniem całkiem oryginalny obraz Świąt. Każdy z tych autorów (choć nie znam twórczości obu Pań) zapewne ma swój styl, technikę pracy, pomysły. To wszystko sprawia, że dość trudno stworzyć wspólne dzieło, które miało by nie tylko logiczny sens, ale również magię. Im się to udało. Czytając W śnieżną noc, miałam wrażenie, że czytam książkę jednego autora. Idealnie się dopełniali, a całość stworzyła całkiem niezła historię, którą niby rządzi przypadek (a może i przeznaczenie?). Te trzy opowiadania, bądź jedna powieść jak kto woli, wprowadziły mnie w naprawdę wesoły nastrój. Pokazują, że magia świąt może dziać się pod pozorem zwyczajnych zdarzeń. Czasami nic nie dzieje bez przypadku, by zrozumieć pewne sprawy, które mieliśmy przed nosem, ale oczy nie chciały dostrzec prawdy. I znajdziemy to przesłanie w każdym z tych trzech opowiadań. 

Czasami zabawna, czasami irytująca, czasami zaskakująca, czasami skłaniająca do refleksji, czyli taka, jakie potrafią być Święta Bożego Narodzenia ;) Jeżeli nie mieliście jeszcze okazji przeczytać tej książki, to przeczytajcie (najlepiej za rok, tuż przed świętami). Samymi słowami nie jestem w  stanie opisać jej wspaniałości w swojej prostocie :-)

wtorek, 8 grudnia 2015

Okiem pracownika księgarni

Ten post zamierzałam napisać już tydzień temu, ale brakowało mi na to zwyczajnie czasu i sił. To co chcę napisać wydawać by się mogło jest banalne, oczywiste. Jednakże okazuje się, że albo ja żyję w błędzie, albo pewna część klientów ma to wszystko w przysłowiowym nosie. Cóż, może nie pracuję w księgarni zbyt długo, ale na pewne zachowania nie można się godzić i wydaje mi się, że trzeba o tym mówić i ciągle uświadamiać ludzi, bo właśnie, wszyscy jesteśmy ludźmi, a nie bydlętami (nie obrażając zwierząt). Księgarnia to miejsce kultury, a nie obora, wobec czego mam kilka spostrzeżeń odnośnie koszmarnych klientów.

Po pierwsze: kultura. Jeżeli przychodzi się do kogoś w gości, wypada się przywitać. Drodzy klienci, jeśli wchodzicie do księgarni, bądź jakiegokolwiek sklepu, dobrym obyczajem, zwyczajem jest powiedzieć, „Dzień dobry”. To są dwa proste słowa i gwarantuję, usta od tego nie odpadają. Jeżeli, jednak nie wypowiadacie tych dwóch magicznych słów, a robi to pracownik, często z uśmiechem, wypada odpowiedzieć, chociażby ze zwykłej ludzkiej uprzejmości. Gburowatość nie jest w cenie, ani w modzie.

Po drugie: szanujcie pracę pracowników księgarni. Ja wiem, że wielu ludziom wydaje się, że to łatwa praca. Obalam ten mit. Praca ta wymaga koncentracji na wielu lvl-ach. Przyjmowanie zamówień, szeroko rozumiana obsługa klienta, w tym obsługa kasy fiskalnej (zawsze wszystko musi zgadzać), wypakowywanie towaru na półki, dbanie o ekspozycję asortymentu, pilnowanie i użeranie się z najgorszym menelstwem, jakim są złodzieje i wiele innych czynności, które nie jednokrotnie musimy wykonywać jednocześnie. Do czego zmierzam? Otóż, drodzy klienci jeżeli bierzecie książkę, kubek, kartkę czy cokolwiek z danego, przeznaczonego do tego miejsca, jednak po drodze do kasy rozmyślacie się z zakupu, na litość Boską, nie zostawiajcie tej rzeczy, gdzie popadnie, tylko odnieście ją na miejsce, bądź podejdzie do pracownika, który biega po całym sklepie i oddajcie mu to do ręki (on/ona odłoży to na miejsce za Was i nie zrobi się dzięki temu niepotrzebny chaos, bałagan). My odpowiadamy za ten materiał, a takie lekkomyślne zachowanie stwarza ryzyko, że zostanie uszkodzone, bądź po prostu skradzione.

Po trzecie, pytanie typu „Ile to kosztuje i dlaczego tak drogo”, wcale nie śmieszy i jest kompletnie nie na miejscu. My nie odpowiadamy za ceny jakie dyktuje właściciel. Naszym zadaniem jest je egzekwowanie przy kasie i nie mamy wpływu na potencjalne rabaty, czy upusty. Krzyczenie, wydzieranie się na nas, wyzywanie od głupców za ceny ustalane odgórnie, jest głupie, nie na miejscu i kompletnie niekulturalne. Ewentualne zażalenia na ceny można wnieść do producenta, bądź właściciela księgarni. Adres do korespondencji łatwo znaleźć w dobie Internetu.

Po czwarte, do księgarni nie wchodzimy z jedzeniem i piciem! Czy to tak trudno zrozumieć, że wchodząc z napojem, kanapką, frytkami, lodami, można zabrudzić książki, artykuły biurowe i ogólnie cały asortyment dostępny w księgarni? Każdy wymaga od nowej rzeczy, aby była czysta, świeża, więc skoro tego wymagamy, róbmy wszystko, aby tego nie zniszczyć.  Jest ktoś głodny i chce kupić książkę, najpierw niech zje, umyje ręce, a potem niech się bierze za przeglądanie książek! Proste.

Po piąte, drogi kliencie, jeśli masz pytania zadawaj je głośno, wyraźnie i logicznie. Księgarnia to nie biblioteka, kościół, czy szpital. Tutaj nie trzeba szeptać. Jeżeli chcecie być szybko i dobrze obsłużeni, wypowiadajcie tytuły książek, czy autorów WYRAŹNIE. Mamrotanie pod nosem nie pomoże żadnej ze stron. Jeśli chodzi o logikę, ja rozumiem, że ktoś może nie zapamiętać autora,  czy dokładnego tytułu, od tego jesteśmy by naprowadzić Was na prawidłowy tor i znaleźć daną pozycję z pozytywnemu efektem, ALE, pamiętacie także o tym, że jesteśmy też tylko ludźmi i nie musimy znać każdej książki od podszewki. Nie mamy do dyspozycji 50 książek, a całe setki.

Po szóste i ostatnie. Ja rozumiem, że powiedzenie „Klient nasz pan” jest bardzo lubiane i wykorzystywane przez kupujących. Ale na litość Boską i w tym jest też granica. Jeżeli pracujemy przykładowo do 21 i widzicie, że następuje zamknięcie lokalu, to wciskanie się na siłę  (o godz. 21.01.) jest po prostu bezczelne! My po 8h, czasem po 12h pracy, też marzymy tylko o tym, aby dokończyć nasze obowiązki i pójść po prostu do domu…


Nie mówię, że wszyscy się tak zachowują, ale jest całkiem sporo grono ludzi, klientów, którzy właśnie wpisują się w wyżej wymienione sytuacje. Nie piszę tego by kogoś urazić, lecz po to by uświadomić kilka zasadniczych i prostych rzeczy. Masa ludzi uważa się za pępek świata i takie zachowanie  uznaje za normalne. Ja mówię stanowczo, że tak nie powinno być i trzeba z tym walczyć. Jeżeli nie należycie do tego typu klientów, bardzo mnie to cieszy i w Was pokładam wszelkie nadzieje. Jeśli znacie kogoś, kto się tak zachowuje, nie bójcie się powiedzieć, uświadomić, że takie zachowanie jest nie na miejscu.  Jeżeli widzicie, ze ktoś obcy zachowuje się niestosownie (wchodzi z jedzeniem, wciska się poza kolejkę, próbuje coś ukraść) proszę zwróćcie mu uwagę. W przypadku trzeciego przypadku z nawiasu, niezwłocznie powiadomcie pracownika księgarni. Uprzejmość  nie wiele kosztuje, a bardzo dużo może zmienić. Na lepsze.

Na tym kończę swoje żale i spostrzeżenia.Chciałabym Was na koniec zapytać, czy kiedykolwiek spotkaliście się z takim zachowaniem, jakie opisałam powyżej? A może to Wy zostaliście pokrzywdzenie przez innego klienta, bądź spotkaliście się z niestosownym zachowaniem księgarza? Podzielcie swoimi spostrzeżeniami.

niedziela, 22 listopada 2015

Recenzja filmu "Before We Go"

Czasami zabawnie się układa. Zawsze uważałam, że praca w księgarni dla mola książkowego jest spełnieniem marzeń. Cóż, teraz mam okazję się przekonać czy to prawda. W moim odczuciu połowicznie. Po całym dniu (czasami 8 , innym razem 11 godzin) stania, udzielania informacji klientom (a Ci bywają bardzo różni, ale o tym może w innym poście), staraniu się zaspokoić ich potrzeb, promowaniu nowości, a także pilnowaniu przed złodziejstwem (tak, to rzecz bardzo nagminna), pozostaje zasadniczy problem. Na czym on polega? Powiem tak: praca ta daje mi możliwość promowania czytelnictwa, rozwijania zainteresowań klientów inną literaturą niż dotychczas czytywał i jest to bardzo dużym wyzwaniem, ale również daje niezły zastrzyk satysfakcji jeżeli zamierzone cele (osobiste i służbowe) zostaną spełnione. W tym wszystkim jest jedno poważne, ALE. Gdy inni wychodzą usatysfakcjonowani kupnem nowej książki, ja jestem tak zmęczona psychicznie i fizycznie, że mimo dużych chęci nie mam siły na własną lekturę. Jedyne czego oczekuję, to sen, albo niewymagająca żadnej mojej inter reakcji czynność. Chociażby taka, jak oglądanie filmów. Leżę w łóżeczku i zatapiam się w ruchomym obrazie. 

I tym długim wstępem (może trochę usprawiedliwiający mój brak czytania w ostatnim czasie) przechodzę do meritum sprawy. W ostatnim czasie udało mi się obejrzeć film, na który czekałam. Raz, że gra tam jeden z moich ulubionych aktorów, a dwa był to także jego debiut reżyserski. Mowa o filmie "Before We Go" (tł. "Zanim się rozstaniemy").

O czym jest ten film? Cóż nie ma w nim nic (na pozór) trudnego, skomplikowanego. Jest to historia dwóch, obcych sobie osób, którzy poznają się nocą. Ona Brook dalton (Alice Eve) spieszy się na nocny pociąg do Bostonu. Pech chce, że zostaje okradziona, a pociąg (ostatni) dosłownie ucieka jej spod nosa. Zostaje wiec sama, bez pieniędzy, bez dokumentów w mieście (Nowy Jork), którego nie zna. Nieoczekiwanie z pomocą przychodzi jej On Nick Vaughan (Chris Evans), uliczny grajek. Z pozoru nic ich nie łączy. Jednak oboje są na rozdrożu swojego życia i oboje pomagają sobie nawzajem poukładać, to co zostało roztrzaskane. Ona uświadamia mu, że nie warto rozpamiętywać nieszczęśliwej miłości przez tak długi czas i tkwić ciągle w tym samym punkcie, że po prostu musi ruszyć dalej. On zaś nie tylko pomaga jej wrócić do Bostonu. Brook jest zagubiona i nie bardzo wie co uczynić w związku z tym, że jej mąż, którego bardzo mocnokocha, ją zdradza. 

Powiedzmy sobie szczerze, w tym filmie nie dzieje się nic, poza rozmową dwojga obcych ludzi, którzy wędrują nocą przez Nowy Jork. Nie ma w nim szaleńczych zwrotów akcji, śmiesznych gagów sytuacyjnych, za to znaleźć można typowy amerykański patos. Więc co mnie urzekło w tym filmie, że postanowiłam o nim napisać? Po pierwsze, prostota, w której moim zdaniem tkwi pewnego rodzaju piękno. Po drugie jest po prostu ludzki. Traktuje o rzeczach, które są nierozerwalną częścią naszego życia, o których w dobie pośpiechu za lepszym jutrem, zapominamy. Zapominamy po co żyjemy, jak żyjemy, jak kreujemy nasz mały świat i wreszcie to, co jest dla nas najważniejsze i każda nasza decyzja bądź jej brak, zostawiają ślad, który lubi o sobie przypominać. Po trzecie, ten banalny film, dla kogoś innego może zwyczajnie nudny, daje do myślenia. Przynajmniej skłonił mnie do rozważań nad własnym życiem. On pokazuje, nie tylko to, że dwoje obcych ludzi może sobie pomóc w najmniej oczekiwanym momencie, ale również to, że zupełnie obcy sobie ludzie, mogą stać się sobie bardzo bliscy. Film jednak nie jest typowym romansem i nie kończy się tak jak wszyscy się spodziewają. Zakończenie może nie jest zaskakujące, ale jest inne. W zasadzie każdy z widzów może sobie sam dopowiedzieć, co stało się dalej i to jest naprawdę świetne. I jeszcze Nowy Jork nocą ;)

Polecam film, każdemu, kto lubi lekko filozoficzne tematy o życiu. 




środa, 11 listopada 2015

Robert McCammon - Łabędzi śpiew. Księga I



Robert McCammon
Łabędzi śpiew. Księga I

tł. Maria Grabska-Ryńska
Papierowy Księżyc 2013

wyd. 1
Liczba stron: 517

Wyzwania:
Przeczytam tyle, ile mam lat w danym roku - 13/25 l. - 2015

Ocena: 9/10




Rząd Ameryki w odpowiedzi na wrogie ataki, postanawia użyć broni atomowej. Wszystko to, co do tej pory było znane przestaje istnieć. Ludzie, zarówno biedni jak i bogaci, stają przed ogromnym wyzwaniem, jakim jest przetrwanie.
W gruzach Mahattanu, bezdomna kobieta, która nazywa się Siostrą, znajduje dziwny artefakt, który zdaje się być przewodnikiem w tych trudnych czasach. W tym samym czasie, były zapaśnik Joshua Hutchins, został postawiony przed faktem ochrony dziewczynki z darem. Co łączy tych ludzi? Czy uda im się spotkać i pokonać zło?

 Łabędzi śpiew, to książka, która może zachwycić, lub wręcz przeciwnie. Osobiście uwielbiam powieści o tematyce post-apokaliptycznej i niezmiernie cieszy mnie fakt, że do tej pory na żadnej z przeczytanej książek się nie zawiodłam.  Ta historia szczególnie przypadła mi do gustu. Jest magiczna.

To co zauważyłam podczas lektury, to idealne połączenie realizmu z elementami fantasy, które silnie skojarzyło mi się ze stylem Kinga. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że jednak mam do czynienia z wyjątkową powieścią. Autor książki, doskonale zdawał sobie sprawę, z tego co i jak tworzy.

 Trudną sztuką jest stworzyć wyraziste i ciekawe postacie, zwłaszcza jeżeli w powieści występuje ich dość spora liczba. McCammon każdemu z bohaterów nadał fakturę, która w danym miejscu i czasie miała sens. Nie można mówić o przypadkowości czy bezcelowości ich istnienia, nawet jeśli tuż po wprowadzeniu postaci nagle ginie. Wszystkie postacie, bez wyjątku wydają się realne, prawdziwe, powiedziałabym, że nawet barwne. Jednakże nie oznacza to, iż są takie same. Wręcz przeciwnie, moim zdaniem, czytelnik otrzymuje szeroki wachlarz zachowań, osobowości, idei, a tym samym toku myślenia i postrzegania sytuacji, w której się znaleźli. Znajdziemy wśród nich postacie o czystym sercu, do szpiku kości złe, oraz takie, które starają się podążać  właściwą drogą, choć ich sumienia nie są do końca bez skazy. Siostra, Joshua, Swan, Roland, "Królewski Rycerz" bez wątpienia są kluczowi w całej historii. Każda z tych osobowości, została postawiona w trudnej sytuacji. Wszakże świat dosłownie stanął na głowie, a podziały stały się jeszcze bardziej widoczne, choć w takiej sytuacji powinno dojść do zjednoczenia. I tak też w pewnym sensie się staje: ludzie łączą się w grupy, które zamiast sobie pomagać, stają  naprzeciwko, w opozycji do siebie. Co staje się jeszcze bardziej widocznie w Księdze II.

McCammon nie owija w bawełnę zdarzeń, które miały miejsce. Pokazuje surowe, podłe i tak naprawdę egoistyczne oblicze człowieka, które jest bardzo wyraźne na tle tych ludzi, którzy zachowali człowieczeństwo i moralność.  Wydawać by się mogło, że druga grupa z góry skazana jest na porażkę, zwłaszcza, gdy widoczna staje się zasada "prawa dżungli", w której przetrwa najsilniejszy. Ale czy na pewno są na przegranej pozycji? W tej grupie są ludzie, którzy mają wiarę i ostatkiem sił czepiają się nadziei, a ta z kolei może być tarczą, mieczem i wybawieniem. Być może dlatego, pewien tajemniczy "ktoś", tak bardzo stara się wyplenić ostatnie pokłady nadziei, a może uczynić to tylko wtedy, gdy pozbawi życia osoby, które mu zagrażają. 

Sama powieść składa się z 7 zatytułowanych części. Na pozór wydają się traktować o odrębnych wątkach, jednak tak naprawdę stanowią pełną, logiczną całość. Taki podział daje możliwość poznania kluczowych postaci, ich celów, zamierzeń, przemyśleń. W pewnym momencie człowiek, zdaje sobie sprawę, że to wszystko zmierza do ich spotkania, co w potrzaskanym na kawałki świecie nie jest łatwe. Nie oznacza to tym samym, że powieść jest przewidywalna.  Taka konstrukcja książki wpływa na to, że czytelnik nie ma okazji się nudzić. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Cały czas miałam wrażenie, że coś się dzieje, że jestem w samym środku tych wydarzeń, tylko zamiast w nich uczestniczyć, byłam wiernym obserwatorem, który czuł to co bohaterowie. Czasami skutkowało to moim głośnym wybuchem  typu "Człowieku, co ty wyprawiasz?!", "Koleś ogarnij się i wiej" lub "Ty s.....u" (to ostatnie może niezbyt kulturalne, ale adekwatne do pewnej sceny bestialskiego okrucieństwa). 

Przez to wszystko co tu napisałam (choć w tym przypadku uważam, ze słów zawsze będzie za mało) chcę powiedzieć, że Łabędzi śpiew, to bardzo emocjonująca powieść, trzymająca w napięciu, wciągająca, niezwykle pobudzająca wyobraźnię. Nie jest to książka, tylko i wyłącznie o wojnie, choć stanowi główne tło. Mimo tego okrucieństwa, zniszczenia i spustoszenia jest ta magiczna iskierka, zwaną nadzieją. Być może dla kogoś innego może zalatywać beznadziejnym patosem, ale dla mnie było to piękne, bo ludzie, grupa ludzi wciąż walczy o lepsze jutro i ta wiara motywuje ich do działania. Nie wiem czy będąc na ich miejscu, nie poddałabym się już na samym początku.

Żeby już Was dłużej nie zanudzać, napiszę tylko: GORĄCO POLECAM, bo warto.