Wszystkie recenzje zamieszczone na tym blogu są moją własnością. Nie wyrażam zgody na korzystanie z nich bez mojej wiedzy (na mocy Dz.U.1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

niedziela, 27 grudnia 2015

W snieżną noc



Maureen Johnson, John Green, Lauren Myracle
W śnieżną noc

Bukowy Las 2014

wyd. 1
Liczba stron: 335

Wyzwania:
Przeczytam tyle, ile mam lat w danym roku - 14/25 l. - 2015

Ocena: 10/10





Święta, magiczny czas, za oknem śnieżny puch. Niecierpliwe czekanie na pierwszą gwiazdkę na niebie, uroczysta kolacja, choinka, kolędy i prezenty. Tak pamiętam święta z czasów kiedy byłam dzieckiem. Dziś już nie wiele z tego zostało. Choinkę ubrałam, pierogi ulepiłam, ale… za oknem nie ma śniegu (za którym , o dziwo, tęsknie nawet ja), radosne oczekiwanie też gdzieś przeminęło. Święta stały się dla mnie synonimem czasu wolnego od pracy. Świąteczne piosenki, które dzień w dzień słyszałam będąc w pracy, po prawdzie zamiast mnie wprowadzić w bożonarodzeniowy nastrój,  kompletnie mi go obrzydziły. Śmiem stwierdzić, że w tym całym pośpiechu i marketingowym podejściu do Świąt, zapominamy o tym, co jest najważniejsze i o co tak naprawdę w tych świętach chodzi. Świątecznego, zimowego nastroju zaczęłam więc szukać w książkach.


Książka W śnieżną noc, swoje zadanie spełniła w 100%. Nie miałam żadnych wyrzutów, że po Wigilijnym obżarstwie (nie)spalam kalorie oddając się lekturze. Te trzy opowiadania, których autorami są 3 różne osoby idealnie tworzą jedną spójną całość. Wyraźnie to widać w trzecim opowiadaniu, gdzie losy wcześniej poznanych bohaterów się łączą, przeplatają w myśl zasady "Świat jest mały". Tę wyśmienitą przygodę rozpoczyna opowiadanie Maureen Johnson pt. Podróż Wigilijna, następnie pałeczkę przejmuje dobrze nam znany John Green z Bożonarodzeniowym cudem pomponowym. Wigilijna opowieść zamyka Święta patronka świnek autorstwa Lauren Myracle. 

Troje ludzi połączyło swoje siły i stworzyli moim zdaniem całkiem oryginalny obraz Świąt. Każdy z tych autorów (choć nie znam twórczości obu Pań) zapewne ma swój styl, technikę pracy, pomysły. To wszystko sprawia, że dość trudno stworzyć wspólne dzieło, które miało by nie tylko logiczny sens, ale również magię. Im się to udało. Czytając W śnieżną noc, miałam wrażenie, że czytam książkę jednego autora. Idealnie się dopełniali, a całość stworzyła całkiem niezła historię, którą niby rządzi przypadek (a może i przeznaczenie?). Te trzy opowiadania, bądź jedna powieść jak kto woli, wprowadziły mnie w naprawdę wesoły nastrój. Pokazują, że magia świąt może dziać się pod pozorem zwyczajnych zdarzeń. Czasami nic nie dzieje bez przypadku, by zrozumieć pewne sprawy, które mieliśmy przed nosem, ale oczy nie chciały dostrzec prawdy. I znajdziemy to przesłanie w każdym z tych trzech opowiadań. 

Czasami zabawna, czasami irytująca, czasami zaskakująca, czasami skłaniająca do refleksji, czyli taka, jakie potrafią być Święta Bożego Narodzenia ;) Jeżeli nie mieliście jeszcze okazji przeczytać tej książki, to przeczytajcie (najlepiej za rok, tuż przed świętami). Samymi słowami nie jestem w  stanie opisać jej wspaniałości w swojej prostocie :-)

wtorek, 8 grudnia 2015

Okiem pracownika księgarni

Ten post zamierzałam napisać już tydzień temu, ale brakowało mi na to zwyczajnie czasu i sił. To co chcę napisać wydawać by się mogło jest banalne, oczywiste. Jednakże okazuje się, że albo ja żyję w błędzie, albo pewna część klientów ma to wszystko w przysłowiowym nosie. Cóż, może nie pracuję w księgarni zbyt długo, ale na pewne zachowania nie można się godzić i wydaje mi się, że trzeba o tym mówić i ciągle uświadamiać ludzi, bo właśnie, wszyscy jesteśmy ludźmi, a nie bydlętami (nie obrażając zwierząt). Księgarnia to miejsce kultury, a nie obora, wobec czego mam kilka spostrzeżeń odnośnie koszmarnych klientów.

Po pierwsze: kultura. Jeżeli przychodzi się do kogoś w gości, wypada się przywitać. Drodzy klienci, jeśli wchodzicie do księgarni, bądź jakiegokolwiek sklepu, dobrym obyczajem, zwyczajem jest powiedzieć, „Dzień dobry”. To są dwa proste słowa i gwarantuję, usta od tego nie odpadają. Jeżeli, jednak nie wypowiadacie tych dwóch magicznych słów, a robi to pracownik, często z uśmiechem, wypada odpowiedzieć, chociażby ze zwykłej ludzkiej uprzejmości. Gburowatość nie jest w cenie, ani w modzie.

Po drugie: szanujcie pracę pracowników księgarni. Ja wiem, że wielu ludziom wydaje się, że to łatwa praca. Obalam ten mit. Praca ta wymaga koncentracji na wielu lvl-ach. Przyjmowanie zamówień, szeroko rozumiana obsługa klienta, w tym obsługa kasy fiskalnej (zawsze wszystko musi zgadzać), wypakowywanie towaru na półki, dbanie o ekspozycję asortymentu, pilnowanie i użeranie się z najgorszym menelstwem, jakim są złodzieje i wiele innych czynności, które nie jednokrotnie musimy wykonywać jednocześnie. Do czego zmierzam? Otóż, drodzy klienci jeżeli bierzecie książkę, kubek, kartkę czy cokolwiek z danego, przeznaczonego do tego miejsca, jednak po drodze do kasy rozmyślacie się z zakupu, na litość Boską, nie zostawiajcie tej rzeczy, gdzie popadnie, tylko odnieście ją na miejsce, bądź podejdzie do pracownika, który biega po całym sklepie i oddajcie mu to do ręki (on/ona odłoży to na miejsce za Was i nie zrobi się dzięki temu niepotrzebny chaos, bałagan). My odpowiadamy za ten materiał, a takie lekkomyślne zachowanie stwarza ryzyko, że zostanie uszkodzone, bądź po prostu skradzione.

Po trzecie, pytanie typu „Ile to kosztuje i dlaczego tak drogo”, wcale nie śmieszy i jest kompletnie nie na miejscu. My nie odpowiadamy za ceny jakie dyktuje właściciel. Naszym zadaniem jest je egzekwowanie przy kasie i nie mamy wpływu na potencjalne rabaty, czy upusty. Krzyczenie, wydzieranie się na nas, wyzywanie od głupców za ceny ustalane odgórnie, jest głupie, nie na miejscu i kompletnie niekulturalne. Ewentualne zażalenia na ceny można wnieść do producenta, bądź właściciela księgarni. Adres do korespondencji łatwo znaleźć w dobie Internetu.

Po czwarte, do księgarni nie wchodzimy z jedzeniem i piciem! Czy to tak trudno zrozumieć, że wchodząc z napojem, kanapką, frytkami, lodami, można zabrudzić książki, artykuły biurowe i ogólnie cały asortyment dostępny w księgarni? Każdy wymaga od nowej rzeczy, aby była czysta, świeża, więc skoro tego wymagamy, róbmy wszystko, aby tego nie zniszczyć.  Jest ktoś głodny i chce kupić książkę, najpierw niech zje, umyje ręce, a potem niech się bierze za przeglądanie książek! Proste.

Po piąte, drogi kliencie, jeśli masz pytania zadawaj je głośno, wyraźnie i logicznie. Księgarnia to nie biblioteka, kościół, czy szpital. Tutaj nie trzeba szeptać. Jeżeli chcecie być szybko i dobrze obsłużeni, wypowiadajcie tytuły książek, czy autorów WYRAŹNIE. Mamrotanie pod nosem nie pomoże żadnej ze stron. Jeśli chodzi o logikę, ja rozumiem, że ktoś może nie zapamiętać autora,  czy dokładnego tytułu, od tego jesteśmy by naprowadzić Was na prawidłowy tor i znaleźć daną pozycję z pozytywnemu efektem, ALE, pamiętacie także o tym, że jesteśmy też tylko ludźmi i nie musimy znać każdej książki od podszewki. Nie mamy do dyspozycji 50 książek, a całe setki.

Po szóste i ostatnie. Ja rozumiem, że powiedzenie „Klient nasz pan” jest bardzo lubiane i wykorzystywane przez kupujących. Ale na litość Boską i w tym jest też granica. Jeżeli pracujemy przykładowo do 21 i widzicie, że następuje zamknięcie lokalu, to wciskanie się na siłę  (o godz. 21.01.) jest po prostu bezczelne! My po 8h, czasem po 12h pracy, też marzymy tylko o tym, aby dokończyć nasze obowiązki i pójść po prostu do domu…


Nie mówię, że wszyscy się tak zachowują, ale jest całkiem sporo grono ludzi, klientów, którzy właśnie wpisują się w wyżej wymienione sytuacje. Nie piszę tego by kogoś urazić, lecz po to by uświadomić kilka zasadniczych i prostych rzeczy. Masa ludzi uważa się za pępek świata i takie zachowanie  uznaje za normalne. Ja mówię stanowczo, że tak nie powinno być i trzeba z tym walczyć. Jeżeli nie należycie do tego typu klientów, bardzo mnie to cieszy i w Was pokładam wszelkie nadzieje. Jeśli znacie kogoś, kto się tak zachowuje, nie bójcie się powiedzieć, uświadomić, że takie zachowanie jest nie na miejscu.  Jeżeli widzicie, ze ktoś obcy zachowuje się niestosownie (wchodzi z jedzeniem, wciska się poza kolejkę, próbuje coś ukraść) proszę zwróćcie mu uwagę. W przypadku trzeciego przypadku z nawiasu, niezwłocznie powiadomcie pracownika księgarni. Uprzejmość  nie wiele kosztuje, a bardzo dużo może zmienić. Na lepsze.

Na tym kończę swoje żale i spostrzeżenia.Chciałabym Was na koniec zapytać, czy kiedykolwiek spotkaliście się z takim zachowaniem, jakie opisałam powyżej? A może to Wy zostaliście pokrzywdzenie przez innego klienta, bądź spotkaliście się z niestosownym zachowaniem księgarza? Podzielcie swoimi spostrzeżeniami.

niedziela, 22 listopada 2015

Recenzja filmu "Before We Go"

Czasami zabawnie się układa. Zawsze uważałam, że praca w księgarni dla mola książkowego jest spełnieniem marzeń. Cóż, teraz mam okazję się przekonać czy to prawda. W moim odczuciu połowicznie. Po całym dniu (czasami 8 , innym razem 11 godzin) stania, udzielania informacji klientom (a Ci bywają bardzo różni, ale o tym może w innym poście), staraniu się zaspokoić ich potrzeb, promowaniu nowości, a także pilnowaniu przed złodziejstwem (tak, to rzecz bardzo nagminna), pozostaje zasadniczy problem. Na czym on polega? Powiem tak: praca ta daje mi możliwość promowania czytelnictwa, rozwijania zainteresowań klientów inną literaturą niż dotychczas czytywał i jest to bardzo dużym wyzwaniem, ale również daje niezły zastrzyk satysfakcji jeżeli zamierzone cele (osobiste i służbowe) zostaną spełnione. W tym wszystkim jest jedno poważne, ALE. Gdy inni wychodzą usatysfakcjonowani kupnem nowej książki, ja jestem tak zmęczona psychicznie i fizycznie, że mimo dużych chęci nie mam siły na własną lekturę. Jedyne czego oczekuję, to sen, albo niewymagająca żadnej mojej inter reakcji czynność. Chociażby taka, jak oglądanie filmów. Leżę w łóżeczku i zatapiam się w ruchomym obrazie. 

I tym długim wstępem (może trochę usprawiedliwiający mój brak czytania w ostatnim czasie) przechodzę do meritum sprawy. W ostatnim czasie udało mi się obejrzeć film, na który czekałam. Raz, że gra tam jeden z moich ulubionych aktorów, a dwa był to także jego debiut reżyserski. Mowa o filmie "Before We Go" (tł. "Zanim się rozstaniemy").

O czym jest ten film? Cóż nie ma w nim nic (na pozór) trudnego, skomplikowanego. Jest to historia dwóch, obcych sobie osób, którzy poznają się nocą. Ona Brook dalton (Alice Eve) spieszy się na nocny pociąg do Bostonu. Pech chce, że zostaje okradziona, a pociąg (ostatni) dosłownie ucieka jej spod nosa. Zostaje wiec sama, bez pieniędzy, bez dokumentów w mieście (Nowy Jork), którego nie zna. Nieoczekiwanie z pomocą przychodzi jej On Nick Vaughan (Chris Evans), uliczny grajek. Z pozoru nic ich nie łączy. Jednak oboje są na rozdrożu swojego życia i oboje pomagają sobie nawzajem poukładać, to co zostało roztrzaskane. Ona uświadamia mu, że nie warto rozpamiętywać nieszczęśliwej miłości przez tak długi czas i tkwić ciągle w tym samym punkcie, że po prostu musi ruszyć dalej. On zaś nie tylko pomaga jej wrócić do Bostonu. Brook jest zagubiona i nie bardzo wie co uczynić w związku z tym, że jej mąż, którego bardzo mocnokocha, ją zdradza. 

Powiedzmy sobie szczerze, w tym filmie nie dzieje się nic, poza rozmową dwojga obcych ludzi, którzy wędrują nocą przez Nowy Jork. Nie ma w nim szaleńczych zwrotów akcji, śmiesznych gagów sytuacyjnych, za to znaleźć można typowy amerykański patos. Więc co mnie urzekło w tym filmie, że postanowiłam o nim napisać? Po pierwsze, prostota, w której moim zdaniem tkwi pewnego rodzaju piękno. Po drugie jest po prostu ludzki. Traktuje o rzeczach, które są nierozerwalną częścią naszego życia, o których w dobie pośpiechu za lepszym jutrem, zapominamy. Zapominamy po co żyjemy, jak żyjemy, jak kreujemy nasz mały świat i wreszcie to, co jest dla nas najważniejsze i każda nasza decyzja bądź jej brak, zostawiają ślad, który lubi o sobie przypominać. Po trzecie, ten banalny film, dla kogoś innego może zwyczajnie nudny, daje do myślenia. Przynajmniej skłonił mnie do rozważań nad własnym życiem. On pokazuje, nie tylko to, że dwoje obcych ludzi może sobie pomóc w najmniej oczekiwanym momencie, ale również to, że zupełnie obcy sobie ludzie, mogą stać się sobie bardzo bliscy. Film jednak nie jest typowym romansem i nie kończy się tak jak wszyscy się spodziewają. Zakończenie może nie jest zaskakujące, ale jest inne. W zasadzie każdy z widzów może sobie sam dopowiedzieć, co stało się dalej i to jest naprawdę świetne. I jeszcze Nowy Jork nocą ;)

Polecam film, każdemu, kto lubi lekko filozoficzne tematy o życiu. 




środa, 11 listopada 2015

Robert McCammon - Łabędzi śpiew. Księga I



Robert McCammon
Łabędzi śpiew. Księga I

tł. Maria Grabska-Ryńska
Papierowy Księżyc 2013

wyd. 1
Liczba stron: 517

Wyzwania:
Przeczytam tyle, ile mam lat w danym roku - 13/25 l. - 2015

Ocena: 9/10




Rząd Ameryki w odpowiedzi na wrogie ataki, postanawia użyć broni atomowej. Wszystko to, co do tej pory było znane przestaje istnieć. Ludzie, zarówno biedni jak i bogaci, stają przed ogromnym wyzwaniem, jakim jest przetrwanie.
W gruzach Mahattanu, bezdomna kobieta, która nazywa się Siostrą, znajduje dziwny artefakt, który zdaje się być przewodnikiem w tych trudnych czasach. W tym samym czasie, były zapaśnik Joshua Hutchins, został postawiony przed faktem ochrony dziewczynki z darem. Co łączy tych ludzi? Czy uda im się spotkać i pokonać zło?

 Łabędzi śpiew, to książka, która może zachwycić, lub wręcz przeciwnie. Osobiście uwielbiam powieści o tematyce post-apokaliptycznej i niezmiernie cieszy mnie fakt, że do tej pory na żadnej z przeczytanej książek się nie zawiodłam.  Ta historia szczególnie przypadła mi do gustu. Jest magiczna.

To co zauważyłam podczas lektury, to idealne połączenie realizmu z elementami fantasy, które silnie skojarzyło mi się ze stylem Kinga. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że jednak mam do czynienia z wyjątkową powieścią. Autor książki, doskonale zdawał sobie sprawę, z tego co i jak tworzy.

 Trudną sztuką jest stworzyć wyraziste i ciekawe postacie, zwłaszcza jeżeli w powieści występuje ich dość spora liczba. McCammon każdemu z bohaterów nadał fakturę, która w danym miejscu i czasie miała sens. Nie można mówić o przypadkowości czy bezcelowości ich istnienia, nawet jeśli tuż po wprowadzeniu postaci nagle ginie. Wszystkie postacie, bez wyjątku wydają się realne, prawdziwe, powiedziałabym, że nawet barwne. Jednakże nie oznacza to, iż są takie same. Wręcz przeciwnie, moim zdaniem, czytelnik otrzymuje szeroki wachlarz zachowań, osobowości, idei, a tym samym toku myślenia i postrzegania sytuacji, w której się znaleźli. Znajdziemy wśród nich postacie o czystym sercu, do szpiku kości złe, oraz takie, które starają się podążać  właściwą drogą, choć ich sumienia nie są do końca bez skazy. Siostra, Joshua, Swan, Roland, "Królewski Rycerz" bez wątpienia są kluczowi w całej historii. Każda z tych osobowości, została postawiona w trudnej sytuacji. Wszakże świat dosłownie stanął na głowie, a podziały stały się jeszcze bardziej widoczne, choć w takiej sytuacji powinno dojść do zjednoczenia. I tak też w pewnym sensie się staje: ludzie łączą się w grupy, które zamiast sobie pomagać, stają  naprzeciwko, w opozycji do siebie. Co staje się jeszcze bardziej widocznie w Księdze II.

McCammon nie owija w bawełnę zdarzeń, które miały miejsce. Pokazuje surowe, podłe i tak naprawdę egoistyczne oblicze człowieka, które jest bardzo wyraźne na tle tych ludzi, którzy zachowali człowieczeństwo i moralność.  Wydawać by się mogło, że druga grupa z góry skazana jest na porażkę, zwłaszcza, gdy widoczna staje się zasada "prawa dżungli", w której przetrwa najsilniejszy. Ale czy na pewno są na przegranej pozycji? W tej grupie są ludzie, którzy mają wiarę i ostatkiem sił czepiają się nadziei, a ta z kolei może być tarczą, mieczem i wybawieniem. Być może dlatego, pewien tajemniczy "ktoś", tak bardzo stara się wyplenić ostatnie pokłady nadziei, a może uczynić to tylko wtedy, gdy pozbawi życia osoby, które mu zagrażają. 

Sama powieść składa się z 7 zatytułowanych części. Na pozór wydają się traktować o odrębnych wątkach, jednak tak naprawdę stanowią pełną, logiczną całość. Taki podział daje możliwość poznania kluczowych postaci, ich celów, zamierzeń, przemyśleń. W pewnym momencie człowiek, zdaje sobie sprawę, że to wszystko zmierza do ich spotkania, co w potrzaskanym na kawałki świecie nie jest łatwe. Nie oznacza to tym samym, że powieść jest przewidywalna.  Taka konstrukcja książki wpływa na to, że czytelnik nie ma okazji się nudzić. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Cały czas miałam wrażenie, że coś się dzieje, że jestem w samym środku tych wydarzeń, tylko zamiast w nich uczestniczyć, byłam wiernym obserwatorem, który czuł to co bohaterowie. Czasami skutkowało to moim głośnym wybuchem  typu "Człowieku, co ty wyprawiasz?!", "Koleś ogarnij się i wiej" lub "Ty s.....u" (to ostatnie może niezbyt kulturalne, ale adekwatne do pewnej sceny bestialskiego okrucieństwa). 

Przez to wszystko co tu napisałam (choć w tym przypadku uważam, ze słów zawsze będzie za mało) chcę powiedzieć, że Łabędzi śpiew, to bardzo emocjonująca powieść, trzymająca w napięciu, wciągająca, niezwykle pobudzająca wyobraźnię. Nie jest to książka, tylko i wyłącznie o wojnie, choć stanowi główne tło. Mimo tego okrucieństwa, zniszczenia i spustoszenia jest ta magiczna iskierka, zwaną nadzieją. Być może dla kogoś innego może zalatywać beznadziejnym patosem, ale dla mnie było to piękne, bo ludzie, grupa ludzi wciąż walczy o lepsze jutro i ta wiara motywuje ich do działania. Nie wiem czy będąc na ich miejscu, nie poddałabym się już na samym początku.

Żeby już Was dłużej nie zanudzać, napiszę tylko: GORĄCO POLECAM, bo warto.














piątek, 6 listopada 2015

Mafi Tahereh - Dotyk Julii



Tahereh Mafi
Dotyk Julii


tł. Małgorzata Kafel
Wydawnictwo Otwarte 2012
Wyd. 1
Liczba stron: 330

Wyzwania:
Przeczytam tyle, ile mam lat w danym roku - 12/25 l. - 2015 

Ocena: 7/10






Julia, dziewczyna odtrącona przez rodzinę, społeczeństwo. Julia, dziewczyna, która została odizolowana od reszty społeczeństwo poprzez zamknięcie jej w zakładzie dla umysłowo chorych. Julia, dziewczyna, która zabija samym dotykiem. Julia, siedemnastolatka, która nic z tego nie rozumie, jest zagubiona i wystraszona. Jakby tego było mało staje się celem bezwzględnej organizacji. Julia, którą napędza miłość  do kogoś, kogo kiedyś znała i kto znowu pojawił się w jej życiu.

Po przeczytaniu tej książki miałam mieszane uczucia. Dotyk Julii, to książka, która czyta się bardzo łatwo i szybko. Mnie zajęło to zaledwie jeden dzień. Wobec czego powinnam być pełna zachwytów, achów i ochów, bo przecież skoro tak szybko czyta się książkę to musi być niesamowita. Jednakże, pozycja ta, nie zachwyciła mnie tak, jak się tego spodziewać przed lekturą. Pomimo, iż były w niej elementy, które sobie w książkach cenię, takie jak emocje, akcja, niewymuszony wątek miłosny, to czegoś ciągle mi w niej brak. Brakuje mi tej iskry, która dodawałaby tego magicznego klimatu. Przyznaję jednak, że Dotyk Julii, czytałam z zaciekawieniem. Muszę też przyznać, że po wielu recenzjach bardzo chwalących to dzieło, miałam duże oczekiwania wobec książki, które nie zostały zrealizowane w pełni.

Były też rzeczy, które mi zgrzytały. Nie wiem czy to tylko wyimaginowany twór wyobraźni, czy też autorka tworząc postacie celowo opierała się na innych. Znaczna większość bohaterów tej książki, posiadała różne moce, dary, talenty, które bardzo silnie kojarzyły mi się z postaciami Marvela, których jestem zresztą fanką. Jeśli autorka faktycznie się na nich wzorowała, to ostateczny efekt (w porównaniu do pierwowzoru) moim zdaniem wyszedł troszkę kiepsko. 


[uwaga, możliwy spoiler do fabuły] 
Gdzie się tych podobieństw dopatrzyłam? Już piszę. Zacznę od głównej bohaterki Julii, poprzez dotyk zabija, czy jak to woli odbiera esencję życiową osoby, z którą ma fizyczny kontakt. Jak dla mnie jest to kopia  Rogue z X-man. Oczywiście książkowa wersja została wzbogacona o dodatkowy atut, ale o nim już nie będę wspominać. 



Nadal zostając w klimacie X-man, pojawia się kolejne podobieństwo. Tym razem mówię o przywódcy tajnej organizacji, zrzeszającej i pomagającej opanować swoje umiejętności, ludziom z darem. Oczywiście chodzi o postać, która pojawia się niemal na końcu książki, a jest nią Castle, również obdarzony mocą. Dla mnie jest on odzwierciedleniem profesora Charles'a Xaviera. Zarówno pod względem posiadanej mocy, jak i charakteru oraz funkcji jaką sprawuje w organizacji. Jedyną różnicą jest to, że postać książkowa nie jest sparaliżowana. 




Kolejne moje skojarzenia poszły w kierunku Fantastycznej Czwórki. I tak blondasek Winston potrafi się się rozciągnąć niczym Pan Fantastic, zaś Kenji ma zdolność znikania, kamuflowania niczym Niewidzialna Kobieta.


Na tym kończą się moje skojarzenia, ale któż wie czy w Sekrecie Julii, nie odnajdę kolejnych, co w cale mnie by nie ucieszyło. Na koniec dodam już tylko tyle, że z jednej strony doceniam  pomysł przeniesienia komiksowych bohaterów do książki, bo jest to trudne, aby te postacie wyszły oryginalnie, zaskakująco i interesująco. Z drugiej zaś strony jest to trochę dla mnie pewnego rodzaju rzecz, świętość, na którą jednak nie powinno się porywać. Ale to już jest moje osobiste zdanie. Ogólnie całe to podobieństwo do superbohaterów odbiło się na ocenie tej książki. 





czwartek, 5 listopada 2015

Mój pierwszy stosik

W końcu nadszedł czas, abym i ja zaprezentowała książkowy stosik. Mogę to zrobić dzięki temu, że troszeczkę "ograbiłam" domową biblioteczkę mojej kumpeli :)
Wygląda on następująco:


  • Susan Ee "Angelfall. Penryn i kres dni".
  • Libba Bray "Misja survival"
  • M. Johnson, J. Green, L. Myracle "W śnieżną noc"
  • Tahereh Mafi "Sekret Julii"
  • Cecelia Ahern "Sto imion"
  • Lisa Genova "Kochając syna"
  • Heather Gudenkauf "Jeden krok"
  • Alice Hill "Skazani"


Dwie z nich to kontynuacje trylogii, po których mniej więcej wiem czego się spodziewać. Green to dla mnie czysta oczywistość. Natomiast pozostałe książki znalazły się w stosiku dlatego, że zainteresował mnie opis z okładki, ale jakoś zabrakło sposobności i chyba chęci, by sprawdzić co w recenzjach piszczy na ich temat. Być może to i dobrze, bo podejdę do tych tytułów z czystym umysłem i albo mnie zachwycą, albą wręcz przeciwnie. Okaże się. Natomiast ludzka naturą jest ciekawość, więc zapytam Was co sądzicie o tym stosiku? Dobry wybór, czy może niekoniecznie? 






wtorek, 3 listopada 2015

Suzanne Collins - Gregor i Niedokończona Przepowiednia



Suzanne Collins

Gregor i niedokończona przepowiednia


tł. Dorota Dziewońska
IUVI
Wyd. 1
Liczba stron: 367

Wyzwania:
Przeczytam tyle, ile mam lat w danym roku - 11/25 l. - 2015 

Ocena: 8/10





Witam Was serdecznie po nieco dłuższej przerwie, ale myślę, że wiecie jak to jest, kiedy złośliwość rzeczy martwych niweczy wszystkie plany. Nie było mnie miesiąc z kawałkiem, za co przepraszam, ale już wróciłam i póki co nie planuje, kolejnej przerwy. Mam sporo zaległości do nadrobienia, zarówno na swoim blogu jak i Waszych, zatem spodziewajcie się mnie już wkrótce, bo będę nawiedzać :) 

Dziś mam dla Was recenzję książki pt. Gregor i Niedokończona Przepowiednia. Myślę, że już o niej słyszeliście nie jedno, ale chyba jeszcze jedna opinia nikomu nie zaszkodzi. Kto się jeszcze do niej nie przekonał, być może tym teraz nabierze na nią 100% ochoty. 

Gregor to jedenastoletni chłopiec, który w chwili zniknięcia ojca musiał szybciej dorosnąć i stać się głową rodziny. Pewnego dnia podczas domowych obowiązków, w dość nietypowy sposób wraz z młodszą siostra trafia do podziemnej krainy, w której zostaje zmuszony do zmierzenia się z przeznaczeniem i dość dziwną przepowiednią.

Z cała pewnością i w pełni świadomości mogę stwierdzić jedno. Powieść ta jest tym, co książkowe tygryski kochają najbardziej. Już myślałam, że dopadło mnie "SKS" i takie historie nie są już dla mnie, ale z cała przyjemnością mogę powiedzieć, że się myliłam. 

Książka porwała mnie w fantastyczny świat, w którym oblicze wojny zostało przedstawione tak jak to jest naprawdę. Jedna ze stron, poprzez działania wojenne, chce zyskać coś dla siebie i zdrada okazuje się czym normalnym, naturalnym. Druga zaś jest skłonna wiele poświęcić, jak nie wszystko, aby nastał pokój. To co łączy te dwie grupy jest to, że w tej bitwie giną ich kompani, przyjaciele oraz osoby bezbronne. Panuje chaos i zniszczenie. Króluje ból, strach i śmierć. Myślę, że Collins ukazała ten okrutny obraz w bardzo wyważony, przemyślany i subtelny sposób.  Oczywiście autorka, aby złagodzić te negatywne wizje i emocje ubarwiła historię przede wszystkim interesującymi postaciami, świetnymi opisami Podziemia oraz humorem sytuacyjnym. 

Nasz główny bohater, Gregor to dziecko, na którego barki spadło bardzo wiele. Nagle on, jego rodzeństwo i matka zostali sami, gdyż ojciec i mąż nagle zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach. To odbiło się na całej rodzicie, zarówno emocjonalnie, jak i materialnie. Chłopiec zamiast beztrosko bawić się z rówieśnikami, wyjeżdżać na obozy, musi się poświęcić obowiązkom domowym, w tym także opiece nad młodszym rodzeństwem. Niewątpliwe jest to, że taka sytuacja musiała na niego wpłynąć, jak wcześniej napisałam, szybciej musiał dorosnąć, stać się młodym dorosłym, powiedziałabym nawet, ze bardzo młodym dorosłym. Wobec czego jego postrzeganie świata jest inne niż jego kolegów. Przez całą jego przygodę czuć dojrzałość, siłę woli i charakteru. Niejednokrotnie podczas czytania musiałam sobie przypominać, że Gregor jest ciągle dzieckiem, nastolatkiem.

Sama kraina Podziemia została opisana bardzo plastycznie. Wyobraźnia działała na pełnych obrotach, a przekrój postaci od ludzkich po zwierzęce, bardzo ciekawy, choć nie oryginalny, ale w cale mi to nie przeszkadzało. Jest to bardzo dobra książka, z interesująca historią i przesłaniem. Najlepsze jest to, że po tę książkę może sięgnąć dosłownie każdy. Jestem przekonana, że lektura ta może wciągnąć nie tylko nastolatka, czy starczą młodzież, ale również dorosłego, czego przykładem jestem chociażby ja :) Wspaniały styl, barwne postacie, zaskakujące zwroty akcji, mądrość życiowa zaserwowana w cudownej szacie graficznie, to jest coś czego nie można przegapić, czy przejść obojętnie.

Polecam każdemu, nawet tym co mają wątpliwości wobec książki :)